|
niedziela, 27 grudnia 2009
P: Pomyślało mi się
Śmieszne. Dwa filmy z podtekstem religijnym. I zaczynam krążyć, zastanawiać się. Rola wiary, rola modlitwy. Sam wierzę, nie wierzę. Nie wiem. Taka moja pokorniejsza wersja ateizmu. Powstrzymanie się. Brak danych. Pokora. Bo jeśli nawet istnieje – skąd mi to wiedzieć? Poznanie jest odkrywaniem, zdobywaniem, wydzieraniem wiedzy. Jeśli mogę poznać, zrozumieć – jestem lepszy. Czuję się lepszy. Ot, ludzka pycha. Stając przed nieznanym budzi się lęk. Zwierzęcy, bo nie wiadomo skąd, ani jaki cios padnie. Czy padnie. Może paść. Wyobrażenie boga starego – sprawiedliwego do bólu. Napawa strachem. Bo zasady, reguły gry zbyt wymagające. Każdy polegnie. A przy porażce musi byc kara. Rzetelna, niewzruszona sprawiedliwość. Moje poczucie sprawiedliwości absolutnej tego się domaga. Niewzruszone i bezwzględne. Zbrodnia – kara, przyczyna – skutek, czarne – biale. Zasady raz ustalone nie podlegaja dyskusji, tłumaczniu. Nie ma odwołań. Od kary nie ma ucieczki. Bóg – potwór. Ustawiwszy zbyt wysokie poprzeczki z rozbawieniem ogladający jak podskakuję nieudolnie by sprostać. Poddałem sie zanim w wierze odkryłem to przeobrażenie. Zaprzeczyłem z początku, zanegowałem. Grom nie spadł. Nie było kary. Może była a ja po prostu nie zauważyłem. Mniejsza o to. Zadeklarowałem, że nie w tym. Bezczelnie powiedzialem ( sobie ) że to nie dla mnie. Mniejsza o to co potem – poczucie samotnosci, pustki. Teraz z perspektywy – rzeczy jasne i oczywiste. Ale przyszło odkrycie. Nowy Testament. Bóg zyskał dla mnie twarz człowieka. Hm, ten nie mój bog, którego przecież nie mogłem nieobserwować kątem oka. Nawiasem, wtedy chyba przyszła zmiana moja – z zaprzeczenia w przyznanie. Zaprzeczenia nieistnienia w przyznanie mojej niewiedzy. Niemożności wiedzy. Zatem zauważyłem boga z ludzką twarzą. Jedna ludzką – druga pozostała bezwzględnie surowa. Choć co ciekawe – surowość się wypaczyła. Lepiej może – absolut sprawiedliwości się wypaczył. W uśmiercaniu bądź co badź siebie, ale jednak bez winy. Absolutna kara poniżenia i śmierci. Wyjątkowa? Nie, przeciez: „ludzie ludziom...” itd. Nic nadzwyczjanego. Nic nadzwyczajnego w ludzkim wydaniu, ale nie od absolutu sprawiedliwości. Więc pierwsza twarz stala sie dla mnie wizją ludzką jedynie. Brutalnym, prostackim uosobieniem ludzkich, zwierzęcych strachów. Niczym więcej niż zgrają demonów czających się w każdym ciemnym pokoju, ciemnej piwnicy. Zobaczyłem twarz drugą. Zakładajac, że rację mają ci, co przypisują mu boskość. Człowieka z wizją. Wizja wielką, której sam, mam wrażenie nie mógł objąć. Może nie mógł przekazać. Z nowego testamentu moim zdaniem wypływa obraz dopracowywania, dojrzewania wizji. A że za wczesnie – cóż: wizjoner, prorok, bóg. Za wcześnie. Nie do pojecia. Toż i się skończylo. Może jak miało. Może tak po prostu. Z niezrozumienia, ze strachu przed nowym. Wieki musiały, żeby Wolność, Równość, Braterstwo. Wiecej jeszcze do „Make Peace Not War” a i to nie wszyscy rewolucję dostrzegli. No nieważne. Teraz oglądam sobie amerykańskie filmy z religią, bo już nawe nie z bogiem w głębokim planie. I myśle sobie. Czy moje religijnie wystudzone serce może jeszcze kiedyś zobaczyć, uwierzyc. Słyszę banaly postaci twierdzących o kadżej z nich, innym miejscu spotykania boga. Choć każdy krzyczy, modli się, klęka, podzwania dzwonkami – nie ma reakcji żadnej. Jak spotkania Henryka Kwiatka. To jednak ci ludzie brną. Wygląda na to, że wcale im to nie przeszkadza, że w ciszę modły zanoszą, że ofiara miesza się z marnotrawstwem lub wyłudzeniem. Dziwne. Zupełnie nie przeszkadza, jakby nie dostrzegali. Ze strachu, że patrząc chłodnym okem bzdura by się w całej okazalości objawiła. Cóż za przyjemność mogą bogu swojemu sprawić poniżając sie? Coż to by za bóg by był któremu by to przyjemność sprawiało. W sumie to nie moja sprawa. Nieważne to tu. Ważne, że bez najmniejszego odzewu życia całe mijają w cotygodniowych mszach, cowieczornych modłach. Widzę ludzi, moich bliskich. Tych, którzy gorąco i niezachwianie wierzyli, jak też tych z absolutnym brakiem wiary. Nieżyją. Niezależnie. Są tak samo martwi. Jasne, nie wiem. Niebo, piekło te sprawy. Tak, nie wiem – wiec nie moge tego rozwazyć. Są zatem tak samo martwi. Czy komuś było łatwiej umierać? Czy czuł się bezpieczniej? Czy może dostrzegał bezsens działań wczesniejszych i w ostatnim tchnieniu powtarzał: Eloi, Eloi, lema sabachthani! Nie wiem. Wiem jednak, że widzę świat. Dopracowany. Niezależnie czy ewolucyjnie czy kreacyjnie. Ja go zastałem w pewnej formie, która nadal ewoluuje. Którą, co raz odkrywamy na nowo. Na nowo opisujemy dziwiąc sie jak to wszysko cudownie ze sobą współgra. Najwieksza i najwspanialsza łamigłówka, która owszem daje frustracje, ale też daje cudowne poczucie odkrywania. Hm, właśnie – istoty? Istoty rzeczy? To właśnie na fizyce dowiedzialem sie, co mnie zdizwiło, że swiat jest tak zbudowany, ze jedyne co człowiek może poczuć od tego to inteligentny zamysł. Można oczywiscie tłumaczyc przypadniem, ewolucyjną koniecznością, ale zawsze przypomina mi się zdnie uslyszane kiedyś na wykładzie: to tak jakby wierzyć, że zegarek znaleziony na pustyni powstał za pomocą przypadku, siłami natury . Teoretycznie możliwe. Ale jednak skądś to wszystko. Jakoś się nie rozpadło, nie rozpada. Tak niesamowicie połączone, skomplikowane a zdrugiej strony – zazwyczaj zasady działania sa cudownie proste i logiczne. Stąd w matematyce umiłowanie elegancji w prostocie – to jest to co dostrzegamy w naturze. Elegancja prostoty. Inteligentna elegancja prostoty. Czy spadające kamienie mogą się ulozyć w budynek? Mogą. Nawet nam jako tak niedoskonalym obserwatorom rzeczywistości z łatowością przychodzi takie wyobrażenie. Operując w świecie polegajac na naszych zmysłach, które pozwalają nam odbierac jedynie bardzo wąski wycinek całości potrafimy rozciągnąc wiedzę poza nasze zmmysły. Daleko poza ich możliwości. Potrafimy odwzorowac abstrakcyjnie świat w postaci pięknie współgrających liczb i wzorów. Potrafimy dostrzec piękno tej możliwości. Świat odbity we wzorach matematycznych, ba! Umiemy to i w drugą stronę wykorzystać, poruszając sie w ramach danych praw tworząc rzeczy nowe – zgodnie z tymi samymi zasadami, którymi posługuje się natura. A mimo to nie potrafimy, nie potrafię dostrzec boga. Jedynie dreszcz, że świat, ta przepiękna mechaniczna zabawka nie jest dziełem przypadku. Że ta cudowność inteligentnych rozwiązań może wywoływać zachwyt i porażającą radość w „odkryciu”, hm tak – odkryciu tego co było ukryte przed naszymi oczyma, choc ciągle tam tkwiło. Ale gdzież ten bóg? Czemu tak krążę? Czemu mi jest potrzebny? Ha: Czy mi jest potrzebny? Jeśli nie to dlaczego ciągle wraca. Ciągłe przewartościowywanie. Próbkowanie: czy myliłem się uznając, że nigdy nic o bogu wiedział nie będę? Czy myliłem się wierząc w niego? Czy myliłem się zaprzeczając istnieniu? O co chodzi tym „wierzącym”? Dlaczego wierzą? Cóż może, cóż wnosi modlitwa, zaglądanie na chwilę do kościołów, czy szerzej – świątyń. Czy jestem w stanie uwierzyć? Czy wierzę, czy kiedykolwiek jeszcze uwierzę? Czy tego potrzebuję wiary wogóle? I nic z tych pytań nie wynika. Chwilami jak właśnie dziś, kiedy po amerykańskich filmach zacząłem się zastanawiać – miałem poczucie, że może teraz, że to coś jest na wyciągnięcie ręki. Nie, nie że bóg. Jedynie bardziej jednoznaczne rozwiązane – na jakis czas dające poczucie ustalenia: jest, nie ma czy nie wiem. Ale właśnie znowu zdłem sobie sprawę, że nie tym razem.
sobota, 11 kwietnia 2009
P: Sam.
Hallelujah
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
A: Z perspektywy czasu
Długo byłam namawiana do zamieszkania w Londynie. Długo wzbraniałam się przed tym. Bojąc się, odkładałam ten moment w czasie, na jakieś wkrótce, na niedługo. Chciałam być z P., dzielić z nim życie i cieszyć się codziennością, ale nie tam... Nie chciałam wyjeżdżać.
czwartek, 26 marca 2009
A: Jak to możliwe?
Jak to możliwe? Przecież takie rzeczy się nie zdarzają! Owszem można tęsknić za sobą, kiedy jest się daleko, tak jak my kiedyś, ale teraz kiedy mamy siebie na codzień?! A jednak, tęsknie...
niedziela, 15 marca 2009
sobota, 14 marca 2009
P: Zagadka
Proste? Niby proste. Ja to wiem. A. - wie. W sumie, można by powiedzieć: wszyscy to wiedzą. A jednak wcale to nie takie proste. To znaczy, nawet dla nas nie było. Właściwie dalej nie jest. Ale nie można też powiedzieć, że skomplikowane.
poniedziałek, 09 marca 2009
A: Nerwowy tydzień, niespieszny weekend
To był nerwowy tydzień. Dla nas obojga. P. w nowej pracy, ja w szkole. Wszystko obce, nieznane i nieoswojone. Nowe miejsca, nowi ludzie, nowe zadania. Konieczność zmiany trybu dnia i przyzwyczajenia się do zaistaniałej rzeczywistości. Nie byliśmy przygotowani, sytuacja nas zaskoczyła.
środa, 04 marca 2009
A: Człowiek uczy się całe życie
Stało się! Znów jestem uczennicą. Osiem lat podstawówki, cztery lata liceum, pięć lat studiów, po to by znów wrócić do szkoły. I to do jakiej? Językowej, czyli takiej na samą myśl, o której jeszcze do niedawna wzdrygałam się ze wstrętem. Jednakże przyjeżdzając tu, z zamiarem zamieszkania, postawiłam się w sytuacji bez wyjścia. Muszę nauczyć się języka angielskiego.
piątek, 27 lutego 2009
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||